08.11.2019

Kara za dobre serce?

Ogród zoologiczny z Poznania, który przygarnął cudem uratowane tygrysy zmaga się z bezduszną biurokracją. Czy za chęć ratowania zwierząt jego pracownicy będą musieli ponieść konsekwencje?

 

Losy tygrysów, które utknęły na granicy z Białorusią od kilkunastu dni śledzi cała Polska. Zwierzęta przewożone były z Włoch do Dagestanu w skrajnie złych warunkach. Poupychane w małych klatkach, bez dostępu do świeżego powietrza, bez wody i pożywienia. Transport został zatrzymany przez białoruskich pograniczników i przez pięć dni zwierzęta stały na granicy. Podczas przerwy w podróży jeden tygrys zmarł. Pozostała przy życiu dziewiątka również była w opłakanym stanie.

 

- Są to zwierzęta, które podlegały w okresie długoterminowym cierpieniu fizycznemu i psychicznemu. One są wychudzone, wszystkie mają poranione i poodparzane łapy. Część zwierząt nie ma zębów. Jeden z tygrysów ma uszkodzone fragmenty pazurów i paliczków ze względu na to, że próbował wydrapać podłogę klatki - mówi dyrektorka Zoo w Poznaniu Ewa Zgrabczyńska.

 

 Zwierzęta zdecydowało się przyjąć do siebie zoo z Poznania. Przeprowadzono skomplikowaną operację przetransportowania zwierząt do stolicy Wielkopolski. Gdy zakończyła się ona sukcesem wydawało się, że koszmar zwierząt dobiega końca.

 

- Udało nam się, udało się uratować dziewięć tygrysich istnień. Jesteśmy trzy dni na nogach, brudni, w dresach, ale jesteśmy po to, by ocalać i te uratowane tygrysy, to dla nas największa nagroda - mówiła ze łzami w oczach Ewa Zgrabczyńska.

 

Niestety, walka o dobro tygrysów była tylko pierwszym etapem. Chwilę później rozpoczęła się walka z machiną biurokratyczną. Zoo w Poznaniu zaczęło być kontrolowane przez urzędników.

 

- Niestety rozdzwoniły się telefony od tak zwanych osób życzliwych i Powiatowy Lekarz Weterynarii zjawił się na kontroli, a tygrysy zostały objęte kwarantanną, przez co w najbliższym czasie nie będą mogły wyjechać do azylu w Hiszpanii - tłumaczy dyrektorka zoo.

 

Powiatowy Lekarz weterynarii tłumaczy, że to nie donosy, a troska innych miłośników zwierząt sprawiła, że kontrole musiał przeprowadzić.

 

- Te tygrysy są niewiadomego pochodzenia, więc wszystko trzeba było sprawdzić dla dobra innych zwierząt. Kwarantanna to nie żadna kara, tylko normalna procedura - tłumaczy Powiatowy Lekarz Weterynarii w Poznaniu Grzegorz Wegiera.

 

Rozpoczął się również konflikt o to, czy zwierzętom można było pomóc już wcześniej. Zdaniem Głównego Lekarza Weterynarii, tygrysy na granicy, gdy badał je graniczny weterynarz, były w dobrym stanie. Zdecydował się nawet przyznać weterynarzowi nagrodę.

 

- To skandal. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Żaden z tych tygrysów nie mógł być w stanie dobrym już na tej granicy. Te zwierzęta były w dramatycznym stanie, do takiego stanu nie doprowadza się w kilka dni - odpowiada dyrektor Zgrabczyńska.

 

Jest to o tyle istotne, że gdyby graniczny lekarz weterynarii zareagował od razu, cierpienie zwierząt można by skrócić, nie stałyby w samochodzie przez kilka dni na granicy i być może udałoby się uratować tygrysa który umarł.

Telefon

Informacja o przetwarzanych danych osobowych

Strona www.panstwowpanstwie.polsat.pl wykorzystuje pliki cookies (pol.:ciasteczka)

Nasz serwis wykorzystuje pliki cookies (pol.: ciasteczka). Korzystając ze stron internetowych Telewizji Polsat wyrażasz zgodę na wykorzystanie przez nas plików cookies w celu zapewnienia Ci wygody podczas przeglądania zawartości naszych serwisów. Polityka cookies

Zamknij